Czego utrata męża przez śmiertelną chorobę nauczyła mnie o życiu po żałobie

thumbnail for this post


31 maja 2018 roku był pierwszym z kilku najgorszych dni w moim życiu. Był to dzień, w którym mój 14-letni mąż otrzymał diagnozę raka nerki - diagnozę tak poważną, że w ciągu czterech dni wysłano go z jednej izby przyjęć do drugiej, a następnie do MD Anderson Cancer Center w Houston, gdzie był to w zasadzie ostatni wysiłek

To właśnie u MD Anderson jeden z jego onkologów spojrzał na nas i powiedział: „Patrzysz na lufę pistoletu. Jeśli nic nie zrobisz, masz dni lub tygodnie życia. Jeśli zdecydujesz się na leczenie, rokowanie nie jest dobre. W tym momencie jest to przepustka Zdrowaś Mario ”.

To, co nastąpiło, było przerażające, bolesne i potwornie trudne do zniesienia, zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie. Obejmowało długie pobyty w szpitalu, wielokrotne wizyty na izbach przyjęć, rozmowy telefoniczne z lekarzami dyżurującymi o 3:00 rano. Widziałam, jak mój pozornie zdrowy mąż odchodzi od treningu pięć razy w tygodniu do niezdolności do chodzenia bez pomocy w sprawie dni. Zostałam jego głównym opiekunem - karmiłam go, kąpałam, zmieniałam ubranie, opróżniałam płyny ustrojowe z cewników i starałam się, aby był czysty, suchy i żywy.

Lance i obchodziłem naszą 15. rocznicę ślubu 5 lipca 2018 roku w otoczeniu rodziny, kiedy leżał na szpitalnym łóżku na OIOM-ie, ledwie przytomny lub komunikatywny. Wszyscy dzieliliśmy ciasto, lody i szampana. Wiwatowaliśmy, gdy Lance zdołał zażyć swoje pigułki zamaskowane w lukrze.

Tego samego dnia lekarz powiedział mi, że czas zabrać go do domu w hospicjum. Mój brat, także lekarz, spojrzał mi w oczy i skinął głową, potwierdzając surową rzeczywistość. Trzymałem go razem przed Lance'em, ale kiedy moja siostra i ja poszliśmy na spacer po szpitalu, upadłem na podłogę i wrzeszczałem, gdy trzymała mnie i płakała przy moim boku.

Wróciliśmy do domu dwa dni później, zakładając, że Lance już nigdy nie będzie naprawdę przytomny. Ale, ku naszemu zdziwieniu, dostaliśmy mały cud. Ożywiał się i jadł, rozmawiał i grał w gry wideo. Pokazał mi, jak opłacić rachunki i znaleźć nasze hasła. Kontynuował przyjmowanie leków na raka, które mieliśmy w domu. On walczył. Dla mnie.

On i ja mieliśmy nadzieję, modliliśmy się, trzymaliśmy się za ręce i rozmawialiśmy o „po jego operacji” - oboje trzymaliśmy się marzenia, że ​​zostałby kandydatem do operacji, gdyby tylko wytrzymał trochę dłużej.

To nie miało być.

7 sierpnia 2018 r. - zaledwie 69 dni po jego diagnozie - wziąłem go w ramiona i szepnąłem mu do ucha, że ​​mogę puścić, że wymyślę, jak dalej. Powiedziałem mu, jak bardzo go kocham. Potem wziął ostatni oddech.

Nie wiem, jak to wytłumaczyć, jak patrzeć na śmierć osoby, z którą myślałeś, że spędzisz całe życie. Dać im pozwolenie na opuszczenie Cię, ponieważ nigdy nie zrobią tego dobrowolnie. Aby wiedzieć, że kiedy odchodzą, odeszli na zawsze. Życie, które zbudowałeś, życie, które zaplanowałeś, życie, o którym marzyłeś razem, odchodzi wraz z nimi.

Ale kiedy obiecałem mu, że wymyślę, jak być w porządku, miałem to na myśli. Miałem zaledwie 36 lat, więc wiedziałem, że mogę bez niego przeżyć więcej życia niż z nim. Zawalenie się do bycia ofiarą nie było rozwiązaniem długoterminowym.

Jasne, krótkoterminowe. Pozwalam sobie na smutek i depresję. Jeśli chodzi o takie rzeczy, czasami nie ma wyjścia, jak tylko przejść. A przejście przez to oznacza pozwolenie uczuciom na swój kurs. Mimo to wiedziałem, że zawiodę go, gdybym nie był proaktywny w znalezieniu sposobu na ponowne szczęście.

Zdecydowałem, że najlepszym antidotum na śmierć będzie życie. Powiedziałem sobie, że powiem tak na wszystko, co przypomina mi, że żyję i że warto żyć.

Zacząłem CrossFit. Mam pamiątkowy tatuaż. Przeprowadziłam terapię znieczulającą i reprocesującą ruch gałek ocznych w oparciu o traumę (EMDR). Poszedłem ze spadochronem. Potem, gdy zbliżały się święta - Święto Dziękczynienia, jego urodziny, Boże Narodzenie i Nowy Rok przypadały w odstępie sześciu tygodni - wiedziałem, że muszę robić plany. Zdecydowałem się na samotną wycieczkę do Kostaryki, miejsca, do którego on i ja zawsze chcieliśmy pojechać, ale nigdy tego nie zrobiliśmy.

Ta podróż zmieniła wszystko dla mnie. Poszedłem na podszewkę zip i rafting. Wziąłem lekcję surfowania i złapałem pierwszą falę. To była najfajniejsza zabawa, jaką miałem od ponad sześciu miesięcy.

Po lekcji surfingu spędziłem czas z grupą instruktorów surfingu i obserwowałem zachód słońca nad oceanem. Siedziałem na balkonie restauracji, piłem piwo, słuchałem muzyki i czułem na twarzy morską bryzę. To był pierwszy raz, kiedy poczułem, jak mój smutek ustępuje.

Tej nocy uprawiałem seks z mężczyzną, którego nazwę P. To nie było coś, czego oczekiwałem. Ale po trzech miesiącach prawie żadnej intymnej interakcji międzyludzkiej, a nawet dłużej od uprawiania seksu, dotyk ust na moich ustach i ręce na moim ciele był odurzający. Pod pewnymi względami było to zagmatwane i trudne, ale w innych uzdrawiało i dawało życie. On i ja spędziliśmy razem następne dwa dni, ale świadomość, że P mieszka w obcym kraju, była bezpieczna, a ryzyko przywiązania było minimalne.

Następnie wróciłem do domu i do pracy. Wróciłem do mojego pustego domu, pełnego rzeczy, które przypominały mi mojego męża. To wtedy, kiedy wróciłem z tej podróży, wiedziałem, że nie mogę tam dalej mieszkać. Nadszedł czas, aby porzucić życie, które razem zbudowaliśmy.

Postanowiłem zignorować wszystkie rady, których mi udzielali ludzie, aby nie podejmować ważnych decyzji podczas rozpaczy. Kiedy P poprosił mnie o powrót do Kostaryki, pojechałem. Potem znowu poszedłem. I ponownie. Zostałem w jego rodzinnym mieście i poznałem jego rodzinę. Zacząłem uczyć się hiszpańskiego i kontynuowałem naukę surfowania.

Po trzech miesiącach P i ja zakończyliśmy nasz związek, ale wolność i szczęście, których doświadczyłem na Kostaryce, były czymś, czego nie mogłem zignorować .

W maju 2019 roku, po wielu godzinach rozmów z terapeutą, rodziną i przyjaciółmi, spakowałem swoje rzeczy i udałem się do Kostaryki na czas nieokreślony. Przeprowadziłem się do domu w pobliżu plaży i wkrótce potem ożyłem swój związek z P.

Relacje po znacznej stracie są zagmatwane, a mój związek z P nie jest inny. W pewnym sensie jest to dramatyczne, ale w innych uwarunkowane uczuciem. Trudno jest być z kimś innym, ale dobre czasy sprawiły, że ból związany z próbami był tego wart.

Mieszkam w Kostaryce od sześciu miesięcy. Stałem się lepszym surferem, oglądałem wiele zachodów słońca nad oceanem, uprawiałem naprawdę gorący seks, jeździłem konno, widziałem żółwie morskie składające jaja, poznałem nowych przyjaciół i znalazłem społeczność. 31 października otworzyłem bar sportowy i ośrodek kultury w małym miasteczku El Llano, Guanacaste. Nazywa się Lions and Butterflies Sports Bar - ukłon w stronę odwagi, siły, nadziei i transformacji, których wszyscy potrzebujemy, aby przejść przez życie.

Wiem, że nie każdy, kto przechodzi trudności, ma możliwość poruszania się do innego kraju. Wierzę, że lekcja z mojej historii jest taka, że ​​nie jest to życie, o jakim marzyłem. To nie jest życie, którego chciałem. Jest to jednak życie pełne i piękne. Wybór życia, powiedzenie `` tak '' rzeczom, które mnie przerażają, to najlepszy sposób, w jaki mogę uhonorować męża i osobę, którą teraz muszę być oddzielona od niego.

Nie skończyłem żalu i Nie odszedłem od mojej straty. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek to zrobił, ani nigdy nie zrozumiem, dlaczego tak się stało. Ale chcę doceniać dar życia. Mam nadzieję, że każdego dnia uśmiecha się do mnie z góry, dumny z osoby, którą się staję. W trudnych dniach ten obraz pomaga.




Gugi Health: Improve your health, one day at a time!


A thumbnail image

Czego teraz potrzebuje twoje serce

(ISTOCKPHOTO) Statystyki są otrzeźwiające: choroby serca są zabójcami numer …

A thumbnail image

Czekolada może obniżyć ryzyko udaru mózgu u mężczyzn

Mężczyźni mogą zmniejszyć ryzyko udaru o około jedną szóstą, po prostu jedząc …

A thumbnail image

Czerwone wino nie jest lepsze niż białe wino pod względem ryzyka raka piersi

Uwaga osoby pijące czerwone wino: Picie umiarkowanych ilości dowolnego rodzaju …