Udostępniłem swój numer telefonu tysiącom ludzi na Twitterze - tak się stało

Nigdy nie myślałem, że podam swój numer telefonu w internecie, ale tuż przed północą tweetowałam tę wiadomość: „Cokolwiek sprawia, że myśli szaleją, czujecie się jedyna osoba na świecie, która przegląda ten tekst do mnie. Jestem tutaj. Nie jesteś sam ''.
Było 24 marca 2018 r., A wcześniej tego dnia 800 000 protestujących zgromadziło się na Kapitolu na Marszu dla naszego życia, a kolejne 200 000 z nas zebrało się na środkowym Manhattanie wspieranie osób, które przeżyły i rodzin dotkniętych przemocą z użyciem broni. Trzymałem swój znak, skandując i śpiewając razem z tłumem, a kiedy dotarliśmy do końca naszej trasy, sprawdziłem media społecznościowe na swoim telefonie.
Ból w wirtualnej sferze był namacalny. Budował się przez długi czas. Widziałem to w gniewnych tyradach i łamiących serce postach, wskazywaniu palcami i wezwaniach do działania. W tych mrocznych i zagmatwanych czasach, kiedy w sieci swobodnie krążyły jadowity i nienawiść, wydawało się, że wiele osób potrzebuje pomocy i uzdrowienia, a ja, podobnie jak wielu innych, czułam się bezradna. Moje ręce były bezczynne, a moje serce było pełne. Pomyślałem, że przynajmniej mogę zrobić, żeby posłuchać.
Tamtego wieczoru pobrałem Burner, aplikację, która pozwala na utworzenie jednorazowego numeru telefonu. Kiedy już miałem nowe cyfry, przygotowałem zaproszenie, dając tysiącom użytkowników Twittera znać, że jestem tam dla nich. Wysłałem to i czekałem.
Do rana miałem prawie sto wiadomości. Zacząłem je czytać i wkrótce zdałem sobie sprawę, że wstrzymuję oddech. Co ja zrobiłem? Kim do cholery byłem, żeby pomagać komukolwiek z ich problemami? Potem przypomniałem sobie: moim jedynym celem jest upewnienie się, że wiedzą, że nie są sami.
„Poroniłam w zeszłym tygodniu” jedna kobieta wysłała SMS-a z numeru kierunkowego z Detroit. Niedawno poroniłam na tyle, że rana była wciąż świeża. Powiedziałem jej, że przepraszam za jej złamane serce. Zapytałem ją, czy wie, czy to chłopiec czy dziewczynka. Zapytałem, czy go nazwała. „Rafael. Po moim dziadku - powiedziała. Wciąż pisała, kiedy przyszedł następny SMS.
„Mój mąż mnie zdradza, a ja nie wiem, jak go zostawić” - napisał nowożeńcy z Sedony w Arizonie. Opowiedziała mi o ich ślubie i ślubach, i powiedziała, że nigdy w życiu nie czuła się tak zdradzona. Powiedziałem jej, żeby schowała dobre wspomnienia do sejfu; bez względu na to, co wydarzyło się później, to, co udostępnili, nadal może być cenione.
Kiedy odpowiadałem na wiadomości, które wciąż napływały, każda komórka w moim mózgu zmusiła mnie do przywołania własnych, podobnych doświadczeń i tego, co nauczył się od nich. Musiałam się wielokrotnie sprawdzać.
Dziennikarz Celeste Headlee, ekspert w dziedzinie sztuki konwersacji, wyjaśnił mi później ten impuls: „Neurolodzy odkryli, że to, co nazywają ujawnieniem siebie - mówieniem o sobie - aktywuje ośrodek przyjemności w mózgu, ten sam ośrodek przyjemności, który jest stymulowany przez orgazm i opioidy ”. Kiedy słuchasz, jak ktoś mówi o swoich zmaganiach, czujesz się nieswojo, więc opowiadasz historię lub oferujesz ciężko zarobioną mądrość. „To sprawia, że czujesz się lepiej. Ale to nie sprawiło, że poczuli się lepiej ”- mówi Headlee, która napisała We Need to Talk: How to have Conversations That Matter.
To naturalne, że czują się nieswojo, kiedy słyszy się o bólu innej osoby. , „ale to poświęcenie, które dla nich ponosisz”.
W ciągu następnych kilku dni ludzie wysyłali SMS-y z całego świata i opowiadali mi o rodzinie, którą stracili przez śmierć lub wyrzeczenie się prac, z których zostali wyrzuceni lub marzeń, z których zrezygnowali, związków, które się kończyły lub rozwijały się w górę, i chorób, z którymi nie mogli już dłużej walczyć.
A potem przyszedł SMS z Dallas, w którym wszystkie inne rozmowy zawiesiłem: „Nie chcę już dłużej żyć, nikt by mnie nie zauważył”.
Uciszyłem pragnienie, by powiedzieć mu, że jest kochany i że wszystko wszystko w porządku; Nie wiedziałem, czy któraś z tych rzeczy jest prawdą. Zamiast tego kazałem mu mówić. Zapytałem, gdzie dorastał i czy lubi wędrówki piesze czy plażę. Zapytałem, co lubi jeść i czy umie gotować.
W końcu zaczął mówić o swoim życiu, które chciał zostawić. A to, co mi powiedział, wcale nie było szokujące. Opisał nasze wspólne uczucia: był zmęczony, samotny, pozbawiony inspiracji i tak często czuł, że nic, co robi, nie ma znaczenia.
Zapytałem go, co by zrobił, gdyby zdecydował się zostać na kolejny dzień, kolejny miesiąc, kolejny rok. Powiedział, że jutro pójdzie na śniadanie do swojego wujka, zaplanuje wycieczkę w przyszłym miesiącu, może wyprowadzi się z Dallas i otworzy w przyszłym roku restaurację z grillem. Dałem mu numer do National Suicide Prevention Lifeline i powiedziałem, żeby napisał do mnie następnego dnia, następnego i następnego. I zrobił.
Do końca tygodnia odpowiedziałem każdej osobie, która się skontaktowała. Czułem się wyczerpany emocjonalnie. Ten poziom połączenia nie był oczywiście do utrzymania, więc jeden po drugim mówiłem ludziom, że usunę numer, ale nigdzie się nie wybieram. Zachęciłem ich do pozostania w kontakcie i podałem im adres e-mail: listening@thewriterjess.com.
Mam nadzieję, że moje słowa w jakiś sposób im pomogły. Jeśli chodzi o mnie, dowiedziałem się, że to, czego nie powiedziałem, ma o wiele większą wartość. Jak to ujął Headlee: „Twoja rada nie jest darem, jaki masz do zaoferowania. To odwaga i wygoda siedzenia tam i dzielenia się bólem innej osoby ”.
Te siedem dni było jak słuchanie obozu szkoleniowego. „Musisz myśleć o słuchaniu jak o chodzeniu na siłownię” - mówi Headlee. - To coś, nad czym będziesz musiał popracować. To wymaga dyscypliny. Wymaga ciągłych przypomnień ”.
Nadal nad tym pracuję. Teraz, kiedy moi przyjaciele wylewają się do mnie, oszczędzam porównywalnego cierpienia i staram się całkowicie skupić na ich historiach. Trzymam je i czasami płaczę z nimi. Słucham, aż powiedzą wszystko, co mają do powiedzenia, aby iść dalej. I w tym momencie wydaje się, że wystarczy.
Gugi Health: Improve your health, one day at a time!